swiat-wg-szpilki blog

Chcę mój stary blog!!!!

Tak, dzisiaj jest 1 listopada… tak, wiem, że to dość oczywiste pisać dzisiaj na temat straty Kogoś Bardzo Bliskiego…
ale to nadal mój blog i pisać mogę tutaj co chcę i kiedy chcę…
A jakoś tak mnie dzisiaj męczy, żeby tu na powrót zaistnieć…
Wirtualna rzeczywistość połączyła nas dawno temu z Yano, więc nie może być innego miejsca w czasoprzestrzenni, na świecie  i w kosmosie jak Internet gdzie mogłabym do Niego i o Nim napisać… Obraziłam się na to, że zabrano mi grafikę z bloga, że zmieniono mi świat-wg-szpilki, przestałam pisać, zapomniałam nawet, przez chwilę (dość) długą, że to robiłam, ale o Yano nie zapomniałam…
Zastanawiam się czasami, co by mi powiedział, jak by mnie sprowadzał na ziemię, jak by mnie opierniczał, jak rozśmieszał…
Może wreszcie byśmy się spotkali w realu… nie dane nam było spojrzeć sobie w oczy.
Wiele nie było nam dane. Wiele też było dane.
Ciekawe jakby zareagował na FB… znając Jego zamiłowanie do Internetu i związanych z nim nowinek, byłby nim zachwycony :)
Ja też się zachłysnęłam FB, ale powiem szczerze, na blogu można więcej… śmielej… odważniej… szczerzej… i prościej.
Więc może tu wrócę? Mimo, że mi się wizualnie tu nie podoba.
Ale może nie opakowanie jest najważniejsze, a treść… może jeszcze umiem coś napisać, może nie wypisałam się do końca.
Może dużo tych może…
Dzisiaj piszę inaczej, mniej się zastanawiam, mniej rozważam, palce biegają po klawiaturze, jakoś tak szybko i samodzielnie. Mam świadomość, że podobnie jak ja nikt tu nie zaglądał od bardzo dawna i penie nikt nie zajrzy… ale dobrze mi się pisze :)
Yano wracam do Ciebie, gdziekolwiek jesteś, wierzę, że jest Ci tam dobrze, chciałam, żebyś wiedział, że pamiętam, staram się, żyję, cieszę się, smucę, mniej walczę, praktykuję jogę (to by Ci się podobało, jestem pewna), rozwijam, czasami kurczę, zapominam, po czym sobie przypominam (Ty byś wiedział, co mam na myśli), boję się, potem się dziwię dlaczego się bałam, ciągle za dużo myślę i rozbieram na czynniki pierwsze. Słowa nadal mają dla mnie wielką moc i dobrze mi z moimi latami…
Nie płaczę, chociaż dzisiaj cały dzień jestem bliska łez… ale powodów jest kilka, nie tylko 1 listopada.
Jutro już będzie mi lepiej, znam się, wyciszę.
Wirtualny zapomniany pokoik zabłysnął na chwilkę malutkim jasnym światełkiem :)
Dobrze mi z tym…

Pamiętam…

Uprzejmie proszę, jako wieloletni, acz ostatnio leniwy bloger o NIE NARUSZANIE mojej przestrzenie internetowej, jaką jest mój blog. Prosi się o NIE ZMIENIANIE mi grafiki, układu, linków, ogólnie rzecz biorąc ŁAPY PRECZ od świata Szpilki… Ów świat w tej postaci stworzył YANO i ja proszę, wręcz domagam się aby pozostał NIE TKNIĘTY… Jak znam życie, pewnie moja prośba zostanie wyrzucona do kosza, ale łatwo się nie poddam… Sąsiedzi już padli ofiarą nadgorliwych pracowników wspomnianego serwera, świat Szpilki jakoś się jeszcze uchował, ale coś czuję, że kres jest blisko i bardzo, ale to bardzo mi się to nie podoba… Czy jest tu ktoś, kto będzie w stanie mi pomóc, kiedy już zniszczą mi mój kawałek podłogi??? Świat wg Szpilki w nowej skórce to już nie będzie to samo, a zmiany to ja lubię wprowadzać ale sama a nie, że mi je ktoś narzuci… Ja w ogóle nie lubię jak mi się coś narzuca… to tak na marginesie… No więc grzecznie proszę zajmijcie się kimś, czymś innym mnie jest tutaj dobrze tak jak jest!

Mamy w X piękne, klimatyczne i czarujące miejsce o nazwie Fosa Miejska. Można powiedzieć o nim – Wielki rów z czerwonej cegły. Trzeba tam być, żeby zrozumieć o czym mówię. Jest to miejsce historyczne z wejściem do kazamatów, których korytarze prowadzą pod całym X. Ja osobiście jestem zakochana w Fosie od urodzenia. Miłość moja rosła wraz ze mną. W pewnym momencie zaczęłam mieć wizje zawodowe związane właśnie z Fosą i tak urodził się pomysł na mocne, rockowe granie w cieniu czerwonych cegieł i wiekowych drzew. Pomysł skrystalizował się jakieś 3 lata temu, rok temu już byłam w ogródku i witałam się z gąską… ale jak zwykle kasa wszystko zepsuła… Walczyć z wiatrakami nie miałam już siły. Odpuściłam… doszłam do wniosku, że przyjdzie czas na ten koncert… nie teraz to kiedyś i to kiedyś pojawiło się szybciej niż sądziłam. Będąc na wolnym dostałam telefon z firmy, że MAM ROBIĆ SWOJĄ NOC ROCKOWĄ na początku września… Radość moja była wielka. Sami się o nią upomnieli, a to oznacza zielone światło na wiele spraw. Ruszyła machina przygotować. Wszystko było na mojej głowie. Od doboru artystów, poprzez garderoby, scenę, światło, nagłośnienie, wykaszanie trawy, odkomarzanie na ustawieniu kibli kończąc… Dzień przed lało cały dzień. Masakra, ale jakoś tak podświadomie czułam, że ten dzień będzie wielki i słoneczny. I tak się stało 1 września od 19 do 2 w nocy w Fosie Miejskiej rozbrzmiewały ostre, mocne dźwięki gitar, perkusji, szaleńcze odgłosy wokalistów, okrzyki zachwyconych fanów. Na wielkiej scenie zagrały lokalne kapele (było ich 5) i GWIAZDA MOJEJ NOCY ROCKOWEJ – ARMIA z koncertem ARMIA GRA LEGENDĘ!!! Był czad. Ponoć słychać nas było na drugim końcu miasta mimo, że graliśmy w wielkim ceglanym rowie… Sceneria fosy, światła sceny, baner Armii, tłumy ludzi w różnym wieku ale połączonych muzyką, wszystko to niesamowite i niewiarygodne. Mój mały Woodstock w X :) było też błoto i pogo, stąd te skojarzenia z Przystankiem. Było warto pracować 16 godzin, było warto wstać o 7 rano by ustawić scenę, było warto odpuścić rok wcześniej, było warto… Mój mały Woodstock ma mieć kontynuację… Cudownie jest spełniać swoje marzenia ze świadomością, że sprawiają one przyjemność tak wielu ludziom. H. i K. dzięki za smsy w trakcie, że jest bosko… :)
Było a będzie jeszcze lepiej… :)

Co prawda nie jestem Aniołem, a nawet bliżej mi do Diablicy, ale tak jakoś bardzo podoba mi sie ten zlepek słów, a w Krakowie faktycznie byłam… Ale może od początku… Dawno mnie na blogu nie było, z różnych powodów… Chyba przede wszystkim z braku potrzeby pisania i zwątpieniu, że jednak to kogoś obchodzi, oraz przekonaniu, że nie potrafię… Wiele się od kwietnia wydarzyło, złego i dobrego… Młody miał piękny bal, który mamusia mu zorganizowała, oczywiście nie sama, ale byłam w komitecie organizacyjnym. Dzieciaki obdarzyły swoich wychowawców specjalnie zamówionymi karykaturami :) polecam takie pomysły, mina nauczycielek BEZCENNA :) Następnie dostał się do szkoły pierwszego wyboru, a jest nią Technikum Informatyczne. GRATULUJĘ :) Byłam w X koło Wolsztyna na ulubionym dwutygodniowym byczeniu się, gdzie namiętnie przeczytałam dwie książki, z czego „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk, szczególnie polecam. Urlop przerywany przyjazdem na pogrzeb Wujka mojego męża, a mojego Druha z dawnych czasów Drużyny Krótkofalarskiej. Potem wróciłam do pracy i przeżyłam mój osobisty dramat, o którym chcę zapomnieć i nie chcę nawet tutaj mówić… Ponoć co nas nie zabije to nas wzmocni… jak mówi mądrość ludowa… Nie zabiło, więc oby wzmocniło… I znowu wyjechałam na urlop, tym razem w moje ukochane Góry, co prawda nie Bieszczady, ale już się szczegółów czepiać nie będę po dwóch latach patrzenia tylko na płaski teren… Tym razem pogoda Nie dopisała! Przez kilka lat z rzędu miałam piękne słońce ma urlopie, w tym roku też, ale tylko w X koło Wolsztyna, Góry natomiast przywitały nas słońcem, potem lało, w nocy było po 7 stopni i jak wyjeżdżaliśmy to słońce nas pożegnało… Cóż nie można mieć wszystkiego… były Góry, to nie było słońca :) ale i tak nasyciłam oczy niesamowitymi widokami, poznałam super gospodarzy w miejscowości o subtelniej nazwie Mizerna :) Naładowałam mocno zużyte i nadszarpnięte akumulatory i od poniedziałku wracam do pracy… Musi starczyć na rok… Będzie ciężko… W Górach przeczytałam „Prawiek i inne czasy” również Olgi Tokarczuk i ta książka mnie oczarowała… jest o przemijaniu, a do mnie wielkimi krokami zbliża się moja własna 40-tka! Jakoś tak czuję się zszokowana tym faktem… Wracając z Gór zajechaliśmy do Krakowa, gdzie w Sukiennicach kupiłam wspomnianego Anioła, który zamieszkał u Małej Dziewczynki Oli w specjalnym pudełku z innymi Aniołami od Cioci Szpilki, będzie mu tam dobrze, ja mam na ścianie kolejne dwa dzwoneczki, bo jakoś tak się złożyło, że je chyba zbieram :) A dzisiaj cały dzień słucham Georga Michaela i znowu pomalowałam paznokcie na zielono…
Ps.
G-N -> Przedpokój faktycznie jest bardzo długi, bo to klatka schodowa na trzecie piętro i kilka razy po drodze spadałam do piwnicy… ale jakoś dzisiaj się już wdrapałam i jestem… :)

Dziecię moje właściwie to już młody mężczyzna wzbogacił się dzisiaj o swój pierwszy, poważny, dorosły garnitur :)
Mieliśmy z tym poczekać do maja, żeby owy zakup ozdobił Młodego na balu gimnazjalny, ale sprawy się tak potoczyły, że zamiast tylko popatrzeć, przymierzyć wyszliśmy ze sklepu z trzyczęściowym garniturem, białą koszulą i bordowym krawatem…:) Wszystko po to, żeby Młody wprawił w osłupienie swoje panie nauczycielki na jutrzejszym egzaminie… Uda mu się to na bank, bo to że ja miałam łzy w oczach patrząc na niego w sklepie to normalne (chyba każda matka tak ma) ale dwie ekspedientki były zachwycone… :)))))
Na co dzień Młody wygląda dość specyficznie: długie falujące włosy, aparat na zębach, czarne koszulki najlepiej z napisem ukochanego zespołu i obowiązkowo bojówki a tu taka zmiana. Jak się jutro Gościu odstrzeli, uczesze kitkę to nikt go nie pozna… :)))) i bardzo dobrze oby jeszcze nie zapomniał po co do szkoły idzie i napisał na przyzwoitym poziomie ten egzamin a potem żeby dostał się do swojego wymarzonego technikum informatycznego… oby… trochę się tym denerwuję… trochę to mało powiedziane… stres jest… ale to jego egzamin… ja mogę tylko wspierać i trzymać kciuki, co niniejszym czynię… a i jestem z niego dumna cokolwiek się dalej wydarzy… wszystko przeżywam z nim pierwszy raz ale i ostatni… bo na więcej dzieci w moim życiu się nie zapowiada… Pięknie wygląda w tym swoim pierwszym poważnym, garniturze… taki mój Wielki Mały Mężczyzna :))))

Tak się składa, że od jakiegoś czasu sama decyduję co leci u mnie w pracy na dużym ekranie… W najśmielszych snach nie sądziłam, że będzie mi to dane i tym sposobem w DKF-ie zaistniał polski film „RÓŻA”. Dość długo i intensywnie koło dystrybutora dreptałam aby ją dostać. Już w zeszłym roku zamawiając Różyczkę (też ciekawy obraz) widziałam reklamę RÓŻY, potem widziałam program z Agatą Kuleszą, która długo dochodziła do siebie po zagraniu głównej roli w tym filmie. Teraz już wiem, dlaczego to był dla niej tak trudny i bolesny czas… W końcu zagrałam najbardziej oczekiwany film roku, który tydzień przed projekcją u mnie, dostał nagrodę Polskich Orłów za najlepszy polski film. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć – NALEŻAŁO MU SIĘ!!! Mnie RÓŻA zmiażdżyła… pokaleczyła… i wstrząsnęła… W sali było ponad 400 osób które w ciszy i totalnym skupieniu oglądały obraz Wojciecha Smarzowskiego… I ten przejmujący motyw muzyczny… Coś niesamowitego… RÓŻA to nie jest opowieść lekka, łatwa i przyjemna, ale to chyba wszyscy wiedzą, było o nim głośno w mediach. RÓŻA to imię bohaterki, której życie pokazuje film. Życie okrutne, tuż po wojnie, Mazury, gwałty, rozboje, morderstwa, norma w tamtym czasie i miejscu… Ale w tym wszystkim jest też uczucie… jest miłość dwojga pokaleczonych losem ludzi… Ona tytułowa RÓŻA (Agata Kulesza), ni to Polka ni Niemka, Mazurka, nie tolerowana przez sąsiadów a On (Marcin Dorociński) były Żołnierz AK, któremu żonę zgwałcono i zabito… między nimi jest coś mistycznego… magicznie pięknego w tej całej plugawej rzeczywistości…
Kto jeszcze nie widział RÓŻY to namawiam, ale i ostrzegam, nie będzie łatwo, nie będzie miło ale będzie wartościowo…
Tylko kilka filmów mnie tak przeciągnęło i zdeptało, GŁÓD, TAŃCZĄC W CIEMNOŚCIACH, 4 MIESIĄCE, 3 TYGODNIE I 2 DNI a teraz RÓŻA…
Tego filmu się po prostu nie zapomina…

Film z kobiecego wernisażu…

Pomalowałam sobie paznokcie na zielono… Nadzieja zagościła na mych palcach… Może reszta mego ciała się od nich zarazi i nadzieja jak zakażenie dotrze do serca… Patrząc na nie uśmiecham się z nadzieją na lepsze jutro, mniejszy mróz i więcej ciepła wokół… Mam wiosnę na palcach paradoksalnie do temperatury za oknem… bo kto powiedział, że nie można mieć wiosny w środku zimy… ja mogę… bo tak bardzo już mi się jej chce… :)))

Ps.
Część mojej nadziei zaginęła bezpowrotnie już 3 lata temu…

WOLNOŚĆ DLA INTERNETU

STOP ACTA!!!

3 grudnia 2011 spełniło się moje kolejne muzyczne marzenie… Kolejny szczebel wtajemniczenia. KONCERT ZESPOŁU HEY!!! Nie tylko, że byłam na nim, ja go po prostu zrobiłam… :)))) Rockowa Zima: I był Closterkeller, II – COMA a teraz HEY… :)))) Po wielu przejściach, zmianach decyzji, ustawiania światła i dźwięku, trudnych rozmów z menagerem po godzinie 20.00 sala rozbrzmiała dźwiękami HEY… Umieraj stąd… Teksański… Nadzieja… i wiele innych niesamowitych kawałków… Pośpiewałam sobie, popatrzyłam na zadowolonych, uszczęśliwionych ludzi, pogadałam z Kaśką, Robertem i całym zespołem :))) Papieros łączy ludzi, najlepiej nam się komunikowało w palarni… :) Kasia zachwycona moją fryzurą – takie chwile są bezcenne :)))) Warto było się męczyć i bronić swoich racji, intuicja mnie nie zawiodła, że właśnie HEY zgromadzi pełną salę rozśpiewanych fanów. Postawiłam na szali nawet swoją ewentualną premię… na szczęście ocalała… :))))) I pomyśleć, że takie koncerty robi dziewczynka, która rzekomo była za głupia żeby przeczytać i zrozumieć „Zbrodnię i karę” Dostojewskiego… Nie dość, że przeczytałam, zrozumiałam to jeszcze polubiłam, a teraz robię największe wydarzenia muzyczne w swoim mieście… :))))) A jak było na HEY można zobaczyć tu – 03.12.2011 Koncert HEY
Jestem z SIEBIE DUMNA! :)


  • RSS